Warning: Trying to access array offset on false in /home/platne/serwer256136/public_html/cudnepopoludnie/wp-content/themes/travis/kitchen/inc/functions.php on line 873

Warning: getimagesize(): php_network_getaddresses: getaddrinfo for cudnepopoludnie.pl failed: Name or service not known in /home/platne/serwer256136/public_html/cudnepopoludnie/wp-content/themes/travis/header-grid.php on line 76

Warning: getimagesize(https://cudnepopoludnie.pl/wp-content/themes/travis/assets/img/logo-dark.png): Failed to open stream: php_network_getaddresses: getaddrinfo for cudnepopoludnie.pl failed: Name or service not known in /home/platne/serwer256136/public_html/cudnepopoludnie/wp-content/themes/travis/header-grid.php on line 76
SULAWESI – CELEBES
0

Kosmiczne wioski Toradżów

Nie wiadomo dokładnie, kiedy potomkowie kosmitów osiedlili się na Sulawesi – przez Portugalczyków nazwanej Celebes, bodaj najbardziej tajemniczej wyspie Indonezji.  Lud Toradża (Toraja) od stuleci buduje tu swoje niezwykłe domy. Wioski przypominają kosmiczne lądowiska. Ze skąpo udokumentowanych podań wynika, że Przodek – Bóg  zstąpił z nieba, rozmnożył się, skonstruował pierwsze domy i spichrze, zachowując zarazem łączność z kosmosem.  Ziemię i przestworza spinała mistyczna drabina, a może był to właz do statku-matki. W każdej wiosce stoi monolit niewiadomego pochodzenia i przeznaczenia. Jest także Bori Kalimbuang – wielkie zbiorowisko menhirów, krąg słupów i głazów, którego znaczenia trudno dociec.  

Według indonezyjskich naukowców niezwykłe budowle na Sulawesi, powstały na wzór chińskich okrętów. Przodkowie Toradżów mieli na nich przypłynąć z północy, z Państwa Środka. Ale Toradżowie nie osiedli na wybrzeżach, nie zbudowali portów. Mieszkają  w wysokich górach Celebesu. Nie czują się potomkami Chińczyków. Są dziećmi nieba.

Rogate domy zaskakują przestronnymi wnętrzami – szerokie tarasy , wysokie pokoje bez zbędnych gratów, w salonie telewizor i komoda; duża  kuchnia, przewiewne sypialnie. Żadnej ciasnoty czy zaduchu ani azjatyckiego upodobania do bibelotów i przepychu. Konstrukcji dachu nie tłumaczą żadne praktyczne względy – zadarte dzioby są puste, nie służą do suszenia bielizny czy ziół.

Mieszkańcy zapraszają do środka, są bardzo przyjaźni, otwarci, zaciekawieni przybyszami, choć mówią tylko we własnym języku. Częstują słodką kawą. Uprawiają ryż, hodują czarne świnie, bydło i kury.  Przed domami  stoją mniejsze spichrze na zapasy.  Wstęp do spichrza mają tylko kobiety – to one są szafarkami żywności.

Toradżowie są dziś chrześcijanami. Wyspą władali Portugalczycy, potem Holendrzy.  Protestanckie misje działały tu bardzo skutecznie. Tubylcom pozwolono zachować tylko jeden obrzęd z ich dawnej religii i ten obrzęd zdominował całe ich życie. Żyją od pogrzebu do pogrzebu.

Właśnie rozpoczyna się ceremonia pogrzebowa w Tongkonan Taruk Allo. Na środku wioski stoi rogaty  karawan z trumną. Zmarły był szanowanym wójtem. UMARŁ TRZY LATA TEMU . Do dziś traktowano go jak chorego. Ostrzyknięty formaliną, leżał we własnym łóżku. Zamknęli okno na wschód – dla niego słońce już nie wschodzi. Krewni przynosili mu jedzenie, rozmawiali z nim. Trzy lata zbierali środki na wielką ceremonię pożegnalną. Od liczby gości i obfitości darów zależeć będzie pozycja zmarłego w niebie.

Krąg mężczyzn w koszulkach z wizerunkiem zmarłego śpiewa pożegnalną pieśń i kondukt wyrusza. A  jest to wesoły korowód. Chłopcy ciągną  karawan w podskokach, obchodzą z nim całą okolicę, huśtają trumną,  trzęsą nieboszczykiem, cofają, gonią karawanem za kobietami. Czasami wysoki wehikuł zaczepia o przewody elektryczne, nie wyrabia się na zakrętach, z trudem przepycha między budynkami –  żałobnicy wybuchają śmiechem. Zgraja „pociągowych” chłopaków oblewa się wodą i błotem. 

Wreszcie kondukt dociera do miejsca właściwej ceremonii. Budowla wygląda jak atrapa wioski – rodzaj zadaszonego amfiteatru. Rozległy plac otaczają  drewniane budynki – pod dachami  loże dla gości, którzy obserwują ceremonię, jedzą , piją, lulki palą.  Chłopcy wciągają trumnę na wysoki piedestał – może ołtarz. Na placu zgromadzono dary od gości – zwierzęta ofiarne. Najcenniejsze – bawoły-albinosy,  zginą na końcu. Na pierwszy ogień idą świnie. Zabija się je dyskretnie za rogiem budynku, na widoku już opala palnikami i dzieli mieso. Część ląduje w blaszanym piekarniku-  samowarze, część rozdają w torbach żałobnikom.  Na swój los czekają sarenki, jelenie, jałówki.

 Kobiety biją w kłodę – bęben. Inne częstują świeżo upieczoną słoniną (znakomita), herbatą i domowym winem (smakuje jak sfermentowana woda z drożdżami, ale kto by wybrzydzał). Obrzędy będą trwały co najmniej cztery dni.  Budowla jest jednorazówką – nie posłuży następnemu zmarłemu. Zostanie rozebrana. 

Pogrzeb nie kończy ziemskiego losu Toradża. Po roku albo kilku latach krewni wyjmują ciało,  odwijają z całunu, rozbierają, oczyszczają z czułością, ubierają w świeże stroje przed ponownym złożeniem do grobu.

Grobowce  Toradżów zaskakują rozmaitością form. Niektóre wykuto w wysokiej skale. Lalki symbolizują całe rodziny i klany. Gdzie indziej trumny przyczepiono do urwiska.  Inni zmarli spoczywają w jaskiniach. Ubodzy leżą w trumnach wciśniętych w skalne załomy. Są tu czaszki wielu pokoleń, także Romea i Julii, nieszczęśliwych kochanków, którzy popełnili samobójstwo. Krewni odwiedzają bliskich,  zostawiają dary, owoce, jedzenie, napoje w puszkach i papierosy. W zaświatach najwyraźniej wolno palić.  

Niemowlęta do szóstego  miesiąca chowane są w drzewach figowca. Drzewo wchłania je i dzieci rosną po śmierci.

Aleksandra Zawłocka, cudnepopoludnie.pl  CC BY 4.0